Pozdrowienia i życzenia z Zambii.

Moi Kochani,
Serdecznie pozdrawiam i przepraszam, że tak długo się nie odzywałem – nic nie napisałem na Niedzielę
Misyjną.
Nie chcę się tłumaczyć, ale połowa września, październik, listopad i jeszcze teraz grudzień, to był dla mnie
„morderczy czas”. Wszystko cośmy przygotowali na naszą drogę, kamienie, drewniane pale i coś w rodzaju
żwiru trzeba było zacząć układać na te najtrudniejsze odcinki naszej „drogi”. Niestety najpierw padł nasz
samochód parafialny. Potem padła nam przyczepa z traktora więc zostałem ja z moim samochodem,
niestety nie do takich prac. Bardzo szybko się przekonałem, że wszystkie nasze prace wymagają bardzo
dokładnej inspekcji. Mogłem być z naszymi ludźmi cały dzień, pokazywać jak co robić, ale gdy zostawiłem
ich na dzień lub kilka dni, po przyjeździe znajdowałem wszystko nie tak jak miało być. Trochę się im nie
dziwię, bo to najgorętsze dni w roku więc przez ten gorąc szli na skróty. Temperatura wahała się między 36
a 42. Ja sam po jednym dniu takiej pracy byłem do tyłu przez co najmniej jeden dzień. Dla mnie dochodziła
jeszcze normalna praca duszpasterska – w Misji, spotkania, odwiedziny stacji, meetingi w Diecezji więc nie
zawsze mogłem być na miejscu prac. Niestety, głównie przez trudności logistyczne zwłaszcza transport,
zostało nam 7km do utwardzenia. Tylko 7km, ale najtrudniejsze 7km.
Dzięki naszym pracom w naprawianiu drogi mieliśmy w tym roku bardzo dużo wizyt. Ludzie z powiatu,
prowincji przyjeżdżali do Nabwalyi na różne spotkania, workshopy, seminary etc. Nie bali się drogi.
Dziękowali. A i moje kości też tak bardzo nie cierpiały jak zwykle, gdy musiałem jechać na zakupy czy do
Diecezji. Pomogło nam to też w naszej Misji, bo, ci którzy się zatrzymywali u nas, zawsze zostawili parę
groszy na utrzymanie Misji.
Niestety bardzo smutne jest to, że Powiat (urzędnicy) kręcą i nie chcą wypłacić pieniędzy, które obiecali na
te prace. Niestety polityka się wmieszała więc zostaliśmy sami. A raczej nie sami – razem z naszymi
Aniołami.
Po ludzku rzecz biorąc, trzeba by powiedzieć „kij im w oko” i się zrelaksować. Ale kto na tym cierpi – nasi
prości ludzie z wiosek, którzy nie będą mogli dotrzeć do szpitala w porze deszczowej (5 miesięcy), nie będą
mogli zrobić prostych zakupów na najbardziej podstawowe artykuły, a nauczyciele nadal będą się
tłumaczyć, że nie mogą dotrzeć do szkół, bo nie ma transportu więc jak zwykle przez pierwszy semestr
dzieci nie będą się uczyć. Dlatego się nie poddaję i wiem, że z Waszą pomocą damy radę.
Obecnie kończę Food Relief – dystrybucję kukurydzy, jaką Rząd przesłał naszym ludziom. Jeśli ktoś pamięta
„czasy darów” po Stanie Wojennym, to jest to coś takiego, tylko że do kwadratu.
Moi Kochani,
proszę nie myślcie, że się użalam nad sobą, że narzekam albo próbuję pokazać jak ja tu ciężko pracuję. Nic z
tych rzeczy. Mimo zmęczenia, mimo nieraz niezrozumienia, takich czy innych trudności jestem wdzięczny
Panu Bogu, że mogę tu posługiwać, pomagać.
I proszę cieszcie się ze mną, bo mogę to robić także w Waszym imieniu, dzięki Waszej pomocy.
W tym roku mamy bardzo krótki Adwent. Już za chwilę Boże Narodzenie. Wielka radość i zaraz Nowy Rok, a
po Nowym Roku wyruszam w podróż do Polski (bilet mam na 15-go).
Składając Wam zatem najlepsze życzenia Bożonarodzeniowe i Noworoczne powiem do zobaczenia.
Z modlitwą za Was, za Wasze rodziny.
Ks. Waldek Potrapeluk